To nie zawód, to powołanie. Dlaczego zostałam lekarzem?

To nie zawód, to powołanie. Dlaczego zostałam lekarzem? - blog | paniDoktor

Zadziwiające, jak często słyszę to pytanie. I wiecie co? Sama nigdy jakoś szczególnie się nad tym nie zastanawiałam. Aż do teraz. Nie wiem, czy tak działa na mnie ta melancholijna pogoda, ale zupełnie naturalnie wzięło mi się na wspominki. Przypomniałam sobie, dlaczego zostałam lekarzem – a musicie wiedzieć, że ta decyzja zapadła bardzo dawno temu. Jak to wszystko się zaczęło? Dlaczego traktuję mój zawód w kategorii misji i nie zamieniłabym go na żaden inny? Mam nadzieję, że zechcecie na chwilę wejść do mojego prywatnego świata.

Dawno, dawno temu…

No dobrze, może nie będę aż tak przesadzać 😉 Decyzję o tym, że zostanę lekarzem, podjęłam w wieku przedszkolnym. To był dla mnie trudny czas, dlatego tak dobrze go pamiętam. Gdy miałam 4 lata odszedł mój ukochany dziadek, z którym miałam fantastyczne relacje. Byłam jego pierwszą wnuczką, więc pewnie domyślacie się, jak bardzo mnie rozpieszczał.

Śmierć dziadka była dla mnie całkowitą abstrakcją. Nie rozumiałam, dlaczego nagle go zabrakło, dlaczego nie może mnie odwiedzić, dlaczego nie będziemy już się razem bawić. Zaczęłam więc dopytywać. Męczyłam rodziców o to, czym są choroby, skąd się biorą, dlaczego człowiek na nie umiera. Stopniowo uzupełniałam swoją wiedzę i tak narodziło się we mnie postanowienie: będę leczyć ludzi, aby w przyszłości inne wnuczki nie musiały tak wcześnie żegnać się ze swoimi dziadkami, jak ja.

Dzieciństwo minęło mi na ciągłych zabawach w lekarza – „leczyłam” zabawki, zwierzęta, ale też koleżanki. Miałam jednak mały kryzys z tą medycyną. W szkole świetnie radziłam sobie z przedmiotami ścisłymi, a że lubiłam też pomagać innym w nauce, to przez moment rozważałam zostanie nauczycielką matematyki.

Medycyna wygrała, bo cały czas mnie do niej ciągnęło. No i jeszcze dość szybko okazało się, że kompletnie nie mam cierpliwości do uczenia „opornych” na wiedzę, łatwo się zniechęcam, gdy ktoś nie rozumiał oczywistych dla mnie rzeczy. Studia medyczne były więc naturalnym krokiem po maturze.

 

To nie zawód, to powołanie. Dlaczego zostałam lekarzem? - 1 - blog | paniDoktor

 

Kocham medycynę, ale to nie jest łatwa miłość

Lekarz to bardzo specyficzny zawód. Cieszymy się dużym zaufaniem społecznym (choć jest ono regularnie podkopywane – ale to temat na inny czas), mamy wiedzę, która nie jest dostępna dla przeciętnego śmiertelnika. W dodatku cały czas się uczymy. Lekarz nigdy nie może powiedzieć, że wie już wszystko. Nawet wybitni profesorowie stale się dokształcają, bo medycyna robi ciągłe postępy, pojawiają się nowe choroby, nienotowane wcześniej przypadki.

6 lat studiów, rok stażu, kolejne co najmniej 5 lat specjalizacji – mało jest zawodów, do których wykonywania trzeba się tak długo przygotowywać. Nie narzekam, tylko sygnalizuję, że trzeba mieć naprawdę dużo samozaparcia i wiary w swoje powołanie, aby rzeczywiście osiągnąć sukces w medycynie. Później, gdy można się już dumnie tytułować lekarzem, nie jest wcale łatwiej – wprost przeciwnie.

Bycie lekarzem to zdecydowanie coś więcej niż zwykła praca. Nocne dyżury, szkolenia, konferencje, staże, nierzadko kilka dób bez snu – to tylko przykłady tego, z czym każdego dnia mierzy się lekarz.

Jest jeszcze coś, co szczególnie mnie „kłuje”. To kwestia najbliższych. Z doświadczenia wiem, że lekarz chcący założyć szczęśliwą rodzinę, musi trafić w swoim życiu na bardzo wyrozumiałego partnera – ja miałam to szczęście. Nie zliczę, ile to już razy zdarzyło mi się umówić z mężem na konkretną godzinę, po czym nie dotarłam na miejsce, bo dostałam pilny telefon ze szpitala. Sama nie wiem, jak często musiałam odwoływać spotkania z rodziną i przyjaciółmi, bo ktoś czekał na moją pomoc. Nocne telefony, przerywane wakacje, święta na dyżurze, opuszczone imieniny i urodziny, zawiedzeni najbliżsi, w tym dzieci… Taka jest rzeczywistość w tym zawodzie, z czego mało kto zdaje sobie tak naprawdę sprawę.

Zawsze jednak starałam się godzić obowiązki żony, mamy i lekarza. Wielokrotnie dosłownie stawałam na głowie, żeby móc przyjść na występ w szkole, pierwszy dzień w przedszkolu. turniej sportowy, zrobić zakupy na święta czy choćby pomóc dzieciom w odrobieniu lekcji. Wiem, że moje dorosłe dzieci to doceniają, choć pewnie mogłam dać im od siebie więcej.

Z drugiej strony takie życie w ciągłym pędzie czegoś uczy. Dziś o wiele bardziej doceniam prozaiczne chwile, gdy mogę pobyć z bliskimi, pójść z rodziną na spacer, pobawić się z psem, pozwolić sobie na choćby krótki wyjazd. Niby nic, a jednak bardzo cieszy i dodaje energii.

Pewnie wielu z Was po przeczytaniu tego osobistego wpisu zadaje sobie pytanie: czy w takim razie warto w ogóle „pchać się” w medycynę? Odpowiem przewrotnie: nie warto, ale niektórzy, tak jak ja, nie mają wyjścia. Trudno jest zagłuszyć powołanie i – parafrazując tytuł filmu Janusza Morgensterna – zabić tę miłość. Medycyna jest moją miłością, podobnie jak każdy z moich małych pacjentów. To te maluszki są żywym dowodem na to, że robię coś ważnego, a dla nich i ich rodziców wręcz najważniejszego.

 

 

2 Komentarze

  1. Basia pisze:

    Cudowny wpis, aż się wzruszyłam. Widać, że z Pani prawdziwy lekarz z powołania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *